Jak to wszystko ogarnąć. Mój sekret produktywności.

I jeszcze to, i jeszcze tamto …. 

  • najcudowniejsza lekcja ever musi być obowiązkowo każda,
  • efekty Wow mają się sypać jak z rękawa,
  • prezentacja ma mieć najpiękniejsze-z-możliwych zdjęcia. I to nic, że szukanie ich zajmie dodatkową godzinę,
  • każdą nanosekundę lekcji, mam wykorzystać na totalnego maksa. 

Dobra, lekcja gotowa. Wymuskana na sto dwa. 

Ale hola hola, moja to-do lista nie kończy się na wymyślaniu zajęć. Jeszcze mam dziś wstawić pranie, wypucować fajansowe filiżanki po Cioci Krysi, upiec łososia z batatem na obiad. No i jeszcze coś na snacka do pracy muszę zrobić.

Może jarmużowe smoothie albo chlebek bananowy ? Najlepiej jedno i drugie na wypadek gdybym miała napad głodu. 

A no i obowiązkowo jeden rozdział książki plus odcinek „Sukces pisany szminką”. 

A wieczorem sesja jogi i medytacja wdzięczności. Kurde ! No i koniecznie telefon do Marty, pokłóciła się z Olkiem, wiec napewno chce się wygadać.     

Tak mniej więcej wyglądał mój typowy dzień, 3 lata temu. Dzień Pani Perfekcyjnej, która będzie robić, upiększać, poprawiać każdy aspekt swego życia, choćby miała za moment paść na twarz. 

Bye bye Miss Perfect 

W jeden z wakacyjnych poniedziałków 2018 roku przyszedł na świat mój syn. I pozamiatał to-do listowy system robienia-wszystkiego-co-wpadnie-mi-w-ręce. 

Nie musi już być pięciu superfoodowych przekąsek, kaw na wypasie czy też lekcji jakich-świat-nie-widział. 

Zwykła kromka razowego chleba to najcudowniejsza w świecie przekąska. A czarna, jak-się-uda-to-nawet-ciepła kawa smakuje …. W-Y-B-O-R-N-I-E. 

A lekcja ?

Musiałam opracować system tzw. last-minute lekcji. Super-hiper szybkie w przygotowaniu ale zarazem mega efektywne i z zadziornym przytupem kreatywności. 

Czy się udało ? Musiało. 

I powiem Ci Kochana, że to była najlepsza rzecz, jaka mogła mi się przydarzyć. 

Taki rób-rób-dalej-dalej detox. 

Okazało się, że świat nie stanął w miejscu. Że uczniowe nadal kochają moje zajęcia … ba nawet mam wrażenie, że mocniej. 

I co najśmieszniejsze, nadal często słyszę pytanie „Jak ty to wszystko robisz ? Szkoła, dom i jeszcze masz czas zrobić coś dla siebie ?”. 

Kiedyś odpowiedziałbym : no wiesz nie zastanawiam się, czy mi się chce, tylko po prostu to robię. 

Dziś odpowiem tak : 

DO LESS – less is more. Zawsze i wszędzie.    

No dobra, ale jak to robienie mniej wcielić w życie ?

Mnie pomagają 3 zasady :

Rule #1. Najkrótsza To-Do lista świata 

W swoim dziennym plannerze mam 2, max 3 rzeczy do zrobienia. Jasne są dni, kiedy zrobię więcej, bo coś dodatkowego wpadnie. Ale nie mam do siebie pretensji na koniec dnia, że nie wykonałam MAIN GOALS. Bo jak są dwa, to nawet przy małym Jaśku jestem w stanie ogarnąć, np. w czasie jego drzemki. 

W tej zasadzie chodzi, też o siłę rozpędu. Jak robisz coś za pomocą baby-steps, sukcesywnie odhaczając wykonane zadania, twoja motywacja idzie w górę. Bo widzisz namacalne efekty swojej pracy. 

Nie byłabym sobą, gdybym nie przełożyła tej zasady na życie klasowe. Jednym z wyznaczników „super lekcji” jest dla mnie cel pt. „zapewnić poczucie sukcesu”. Czyli muszę zadbać o to, żeby nie nawpychać najwięcej jak się da. Tylko zapodać coś, co uczeń jest w stanie strawić i świetnie się z tym poczuć. Czyli lekcyjna to-do lista też zmalała do minimum „miniumumów”.         

Rule #2. Kończę jedno, zabieram się za drugie

Priorytetem są te 2-3 rzeczy. I mam zasadę, że nie zabieram się za drugą, dopóki nie skończę pierwszej. Przymusowo, jedno kończę, drugie zaczynam. 

Widzę w tym ogromny sens, bo znów rozchodzi się o tą motywację, która rośnie jak widzi TICK przy wykonanym zadaniu. 

Rule #3. Ja ustalam ile to ma trwać 

Tzw. prawo Parkinsona – im więcej masz czasu na wykonanie jakiejś czynności, tym… dłużej ją wykonujesz. Czyli każde zadanie będzie trwało tyle, ile poświęcisz na nie czasu. Jakkolwiek magicznie to brzmi, to naprawdę działa ! 

Więc z góry zakładam .. dobra zajęcia na jutro mam zaplanować w 30 min i jadę z tym planowaniem. Obiad gotuję w 15 minut no i ok. Czytam książkę przez 5 min itd. 

O i tu naprawdę doceniłam 5-minutówki !

Ile to można zrobić w 5 minut …. Kobieto ! Przed urodzeniem Jaśka, jak cały dzień był mój i tylko mój, marnowałam chmarę 5-minutówek. Miałam wolne 5 min, to myślałam sobie „A dobra tam, co ja zrobię w tym czasie, lepiej nic nie rozgrzebywać”. 

Teraz mogę nazwać siebie 5-min Queen. Mam 5 minut ? O to może poczytam Gabby Bernstein, poćwiczę Krowę-Kota, zrobię pieczone jabłka pod owsianą kruszonką, zadzwonię do Karoliny, odpiszę na maile, a może posiedzę w ciszy ???

Ale przecież to jest lekcja totalnego lenistwa. 

Nie Kochana, to jest lekcja priorytetów i mądrych wyborów. 

Na moim DO LESS,  ucierpiał m.in. Mark Zuckerberg i koleżanki facebookoholiczki, które mają o jedno mniej serduszko pod zdjęciami swoich psów, dzieci, obiadów i wypadów do lasu. Cierpi też serial „M jak miłość”, czy ślubne programy Izy Janachowskiej.

Jak mam wybór telefon/telewizor a książka – zawsze wiem na co padnie.  

Nie robię wszystkiego czego chcą moi uczniowie, mama, mąż, sąsiadka czy ciocia Bożenka. 

Robię to, co dla MNIE ma wartość. Robię to, co się dla mnie liczy. 

A reszta ? 

Korzysta, don’t worry. Choćby na tym, że jak mnie mają pozytywną energią naładowaną, mogą czerpać ode mnie garściami.

Robiąc mniej, robię więcej rzeczy ważnych.  

I od tego proponuję ci zacząć, od wywalania czasopożeraczy-zapychaczy, które nic nie wnoszą. Powiedź im asertywne NIE. 

Najprościej, wstawiając w ich miejsce coś, co kochasz robić, ale twierdzisz, że nie masz na to czasu. 

Masz coś takiego ? No to wpisuj to w kalendarz. Na jutro. 

Nie myśl, że w tym DOing LESS jestem taka idealna. Jasne, że często przyłapuj się na wciskaniu jeszcze czegoś dodatkowego na moją to-do listę. No niestety, lata praktyki zrobiły swoje. 

Ale ostatnio znalazłam coś, co mi pomaga z tego szaleńczego pędu wyjść. Jak czuję, że włącza mi się w głowie tryb i-jeszcze-to-zrobię-i-tamto, zadaj sobie 3 pytania* :

Czy to musi być zrobione ?

Czy to musi być zrobione teraz ?

Czy to musi być zrobione przeze mnie ? 

*Notabene znalezione podczas jednej z 5-miutówek w książce Kate Northrup „Do Less”.  

Pytania, które fantastycznie sprowadzają mnie na ziemię. Z połową zadań nie docieram nawet do 2 pytania, bo nie przechodzą one mego Priorytetowego Testu. Szybko lądują one w koszu Rzeczy-Totalnie-Dla-Mnie-Nieistotnych. 

Przy drugim pytaniu, często gęsto wpisuję coś w swój kalendarz, ale nie na teraz-już-nie-ma-czasu-do-stracenia …. ale na inną, lepszą dla mnie porę.

A trzecie pytanie to rewelacja i w domu, i w pracy. Taka lekcja delegowania. Łatwa nie jest, ale dla komfortu życia swego i wszystkich wokół, warto się za nią zabrać. 

W klasie – petarda. Czy wszystko muszę robić ja ? Przygotowywać, tłumaczyć, drukować, wyklejać …. ? No nie, jasne że nie. Jak zrobią to oni, będą bardziej zaangażowani, więc więcej im w głowach zostanie.   

No dobra, skoro mam robić mniej, to kończę. Resztę zostawiam tobie. 

Resztę do zrobienia, czyli w tym wypadku do niezrobienia 🙂 

wolnej lekkości byty 

kasia. 

p.s. Co zabierasz dziś ze sobą ? Napisz mi w komentarz, żebym wiedziała co dla Ciebie liczy się najbardziej. 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *